Skarga Portnoya
Historia powraca jako farsa – zwłaszcza w świecie show businessu. Nieco ponad rok temu perkusista Dream Theater, Mike Portnoy, rozstał się z zespołem, którego był założycielem i główną siłą napędową. Pozostali muzycy wydali parę dni temu nową płytę, a wczoraj branżowy serwis Blabbermouth.net ujawnił, że w kwietniu Portnoy pozwał dawnych kolegów za „bezpodstawne usunięcie go z zespołu” i równie bezpodstawne „posługiwanie się nazwą grupy w kontekście nagrania nowej płyty, w którym Portnoy nie uczestniczył”. W interwebsach wybuchła burza.
Pozew Portnoya jest farsowy, bo naśladuje pamiętną historię sporu Rogera Watersa z byłymi kolegami z Pink Floyd. Jak wiadomo, porozumienie między Floydami okazało się możliwe dopiero po ponad dwóch dekadach. Także i w przypadku Dream Theater nie zanosi się na rychłe pojednanie.
Drama Theater
Rok temu wydawało się, że będzie inaczej. Muzycy kurtuazyjnie życzyli sobie powodzenia na nowych drogach życia. Portnoy miał grać dalej z zespołem Avenged Sevenfold, a DT zaczęli poszukiwania nowego perkusisty. Ale już kilkanaście dni później zaczęły się pyskówki. James LaBrie śmiał stwierdzić w jednym z wywiadów, że przeszedł do porządku dziennego nad odejściem Portnoya i nie odczuwa smutku z tego powodu. W odpowiedzi Portnoy nazwał wokalistę „niedelikatnym”. Jednak wtedy jeszcze obie strony ze sobą rozmawiały. Doszło wręcz do tego, że Mike Portnoy próbował wrócić do zespołu – został jednak odrzucony, prawdopodobnie pozycja perkusisty została już wtedy obsadzona. Nowym pałkarzem został Mike Mangini, muzyk wybitny i uznany. Fani dowiedzieli się o tym jednak dopiero parę miesięcy później, z filmu dokumentującego proces poszukiwania następcy Portnoya. W przesłuchaniach uczestniczyło w sumie siedmiu perkusistów, wśród nich m.in. Marco Minnemann, Thomas Lang i Virgil Donati. Zwycięski Mangini zrezygnował dla DT z etatu profesora w prestiżowym bostońskim Berklee College of Music.
Mike Portnoy nie miał szczęścia. W końcu roku okazało się, że jego chwilowa przygoda z Avenged Sevenfold się zakończyła. Cierpiący na kreatywne ADHD muzyk nie musiał bardzo starać się o nowe sposobności do grania – przez kilkanaście ostatnich lat występował w ramach niezliczonych projektów, zdobył mnóstwo znajomości, a przede wszystkim wciąż pozostaje powszechnie poważanym perkusistą. Jednak mimo że Portnoy rzucił się w wir pracy, każdy z nowych projektów był drobnicą w porównaniu z Dream Theater.
Wtedy pojawiła się koncepcja o nazwie Adrenaline Mob. Supergrupa, którą Portnoy stworzył m.in. z gitarzystą Mikiem Orlando i wokalistą Russellem Allenem (Symphony X), w ekspresowym tempie nagrała EP i ruszyła w trasę. Choć Portnoy starał się do przesady podkreślać swój entuzjazm wobec nowego zespołu, grającego zwykle w niewielkich klubach dla kilkuset osób (podczas gdy DT gra dla kilku tysięcy), sygnały w rodzaju niemożności dotarcia na koncert z powodu awarii autobusu świadczyły, że nie wszystko jest w rzeczywistości takie łatwe i przyjemne. Zapewne także od strony finansowej.
Fejsbukowa rewolucja
W świecie Internetu każdy wielki skandal sprzężony jest z dziesiątkami małych. Chcieliście natychmiastowego feedbacku, no to macie! W opisywanym przypadku do małego skandalu doszło na oficjalnym forum dyskusyjnym MikePortnoy.com. Po ukazaniu się artykułu w serwisie Blabbermouth, Weymolith, pełniący funkcję moderatora forum, który nic nie wiedział na temat pozwu, poczuł się okłamany przez Portnoya, czemu dał wyraz w lakonicznym wpisie, bardzo szybko zresztą usuniętym. Wywołało to lawinę kolejnych komentarzy i spekulacji, domniemania na temat rychłego zamknięcia forum.
W tle tego wszystkiego jest nieprzychylna reakcja Portnoya na nowy album Dream Theater. Jeden z brazylijskich muzyków porównał strukturę utworów z „Images and Words” (płyty DT z 1992 r.) ze strukturą nowych kompozycji, dochodząc do wniosku, że nowe utwory są wprost wzorowane na tych sprzed prawie dwóch dekad. Portnoy podchwycił te obserwacje, nadmieniając, że można to odebrać jako „rozpaczliwe próby potajemnego przepisywania przeszłości”.
Fani grupy wypowiadający się na temat całego sporu, są, jak się można spodziewać, podzieleni. Wyraźnie jednak górę biorą zwolennicy obecnego DT, którzy dość już rozżaleni byli decyzją Portnoya o odejściu (czy, jak wielu to odebrało, porzuceniu macierzystej grupy na rzecz Avenged Sevenfold). Pozywający kolegów Portnoy, który jednocześnie w dziesiątkach wpisów na Facebooku nieustannie podkreśla, jak wspaniały czas przeżywa grając w ramach przeróżnych projektów, wypada na lekko niezrównoważoną „drama queen”. Nie pomogło też to, że muzyk nie przedstawił szerszego wytłumaczenia, pisząc enigmatycznie, że prawnie jest zobligowany do nierozwijania tematu.
Weymolith powrócił po kilku godzinach do roli moderatora, wyjaśniając nieco sytuację, która zaszła, jednak niesmak pozostał.
Dramatyczny powrót do korzeni
A jaki jest nowy album? Nie sposób nie zauważyć, że rzeczywiście jest to czytelna próba wykonania gestu, który określa się (często prześmiewczo) mianem „back to the roots”. Przed czwórką muzyków Dream Theater stało zadanie bardzo trudne. Musieli udowodnić nie tylko, że są w stanie grać dalej bez Portnoya, ale że są w stanie grać równie dobrze, a nawet lepiej. Musieli też ustabilizować swoją pozycję wśród najbardziej zagorzałych, długoletnich fanów grupy. Jednocześnie nie mogli dopuścić do sytuacji, w której DT w nowej formule odebrany zostałby jako np. „John Petrucci z zespołem” (takie sugestie pojawiały się ze strony Portnoya). Nie można było zatem także dopuścić do dominacji stylistycznej żadnego z muzyków.
Wektory skierowane były więc w najróżniejszych kierunkach. Tym większy podziw budzi ostateczny efekt. Jest to niewątpliwie najlepsza od prawie dekady (od czasu „Six Degrees of Inner Turbulence” z 2002 r.) płyta nowojorskiej grupy. Paradoksalne, sprzeczne z sobą wymagania, którym album musiał sprostać, w magiczny sposób udało się pogodzić: jest to płyta klasycznie „dreamtheaterowska” (w stylu znanym z lat 90.), a jednocześnie innowacyjna, inkorporująca przy tym część (nielicznych) pozytywnych elementów, które pojawiły się na ostatnich kilku produkcjach. W kategoriach dbałości o to, by DT pozostał tym, czym jest, odczytywać należy także fakt, że Mike Mangini nie uczestniczył w komponowaniu muzyki – jego rola ograniczyła się do nagrania ścieżek perkusji do już gotowych utworów. W rezultacie tego ruchu nie otrzymaliśmy na nowej płycie powalających, skomplikowanych perkusyjnych popisów, a tylko i aż przyzwoite progresywno-metalowe granie.
Płyta jest niezwykle wyważona jeśli chodzi o wkład członków zespołu. Jest to szczególnie słyszalne dla tych, którzy znają solowe nagrania poszczególnych muzyków. Pojawiają się tu np. charakterystyczne dla solowej twórczości Jamesa LaBrie aranżacje wokalne i sposób frazowania, świetnie rozpoznawalne wtręty klawiszowe Jordana Rudessa czy przywołujące na myśl utwór „Glasgow Kiss” gitarowe wariacje Johna Petrucciego. Wszystko to nie oznacza, że mamy do czynienia z wymęczonym powtórzeniem tych samych chwytów – chodzi raczej o to, że mimo, iż otrzymujemy nagranie zespołowe, na płycie udało się uchwycić indywidualność każdego z artystów. Wielkim wydarzeniem jest też powrót Johna Myunga jako tekściarza, najbardziej – jak się wydaje – stłamszonego przez Portnoya członka DT.
Ten album z pewnością nie brzmiałby w ten sposób, gdyby Portnoy pozostał w grupie. Nie chodzi nawet o to, że po zachłyśnięciu się sukcesem „Train of Thought”, inspirowanego cięższymi odmianami metalu, perkusista DT obrał kierunek na rozszerzenie bazy fanów poza grono miłośników muzyki progresywnej. Po prostu innowacyjność kolejnych płyt, o której teraz Portnoy pisze (a raczej implikuje, twierdząc, że ADTOE jest wtórna), była wątpliwa, zwłaszcza że część nagrań była dość jawnym naśladownictwem bardziej mainstreamowych zespołów, jak Muse („Never Enough”) czy nawet U2 („I Walk Beside You”). Na zdrowie nie wyszedł także pomysł z Portnoyem jako drugim wokalistą, o kiepskiej jakości tekstach jego autorstwa nie wspominając – o tym wszystkim pisałem już rok temu.
A zatem: drama trwa, wytchnienie przynosi jedynie muzyka.
Postscriptum
Mike Portnoy opublikował kolejny wpis na swoim forum, w którym wyjaśnia, że to nie on wybrał drogę sądowego rozstrzygania kwestii biznesowych pomiędzy sobą a członkami DT…
