Nostalgia złodzieja samochodów

W oczekiwaniu na laptopa zdolnego sprostać wymaganiom GTA IV, odświeżyłem sobie poprzednie części tej, w moim przekonaniu, jednej z najlepszych gier komputerowych w historii. Sięgnąłem nie do pierwszych dwóch części, ale do oryginalnego GTA III, a zwłaszcza bezpośredniego następcy – GTA: Vice City.
Jeżeli ktoś, jakimś cudem, nie wie, jaka jest idea gier z cyklu Grand Theft Auto, przybliżę ją w kilku słowach. Otóż w każdej z części wcielamy się w bohatera będącego znacznie groźniejszym typem, niż po prostu złodziejem samochodów (co sugerowałby tytuł). Przestrzenią naszej przestępczej działalności jest jedno z trzech miast: Liberty City (luźno wzorowane na Nowym Jorku), Vice City (Miami) oraz San Andreas (łączące Los Angeles, San Francisco i Las Vegas). W każdej z części zaczynamy zwykle od samego dołu bandyckiej drabiny, po której szczeblach, wysługując się kolejnym bossom (a następnie ich zdradzając), pniemy się na szczyt. Do dyspozycji mamy nie tylko samochod, z których bezceremonialnie wyrzucamy prawowitych właścicieli i odjeżdżamy z piskiem opon, ale i pełen repertuar uzbrojenia: od kija bejsbolowego, poprzez różne typy broni białej (noże, katany), pistolety, strzelby snajperskie, lekkie i ciężkie karabiny maszynowe, po wyrzutnie rakiet i miotacze ognia.
Każda z części ma odmienny klimat, determinowany nie tylko miejscem akcji, ale też – traktowaną rozkosznie stereotypowo – etniczną przynależnością bohatera oraz gangów, z którymi przychodzi mu współpracować i walczyć. Narracja gry jest nielinearna o tyle, że możemy swobodnie wybierać jedną z kilku aktualnie dostępnych misji, zwykle poprzez udanie się do danego bossa lub poprzez… odebranie dzwoniącego telefonu.
Kluczowe jest jednak co innego: kolejne części osadzone są w odmiennych realiach historycznych. O ile w GTA III i GTA IV akcja rozgrywa się współcześnie, to w przypadku GTA: San Andreas – w 1992 roku, gdy w (prawdziwym) Los Angeles doszło do rozruchów, w przypadku GTA: Vice City zaś – w roku 1986. W czym klimat tych lat się objawia? We wszystkim, chciałoby się powiedzieć, od otoczenia, architektury, stylu ubioru przechodniów, modeli samochodów, po muzykę, która leci w stacjach radiowych. Te ostatnie zresztą odgrywają rolę niebagatelną, stanowiąc nie tylko tło dźwiękowe, ale dostarzając również dodatkowych informacji dotyczących bohaterów wydarzeń.
W scenariusz każdej części wplecione są setki nawiązań popkulturowych. W przypadku Vice City mamy więc przede wszystkim bohaterów wzrowanych na postaciach z filmów takich jak „Scarface” i „Carlito’s Way” de Palmy czy serialu „Miami Vice”. Zresztą: głos pod jednego z istotnych bohaterów podkładał Philip Michael Thomas, który obok Dona Johnsona grał główną rolę w „Policjantach z Miami”. Tu kolejna, niezwykle fascynująca rzecz: głosy bohaterów, których obserwujemy w scenkach pomiędzy misjami, podkładali znani hollywoodzcy aktorzy. W Vice City główny bohater mówi głosem Raya Liotty, towarzyszą mu zaś m.in. Burt Reynolds, Dennis Hopper czy znany z wielokrotnie odgrywanej roli Najbardziej Niebezpiecznego Skazańca Danny Trejo.
Parę słów jeszcze o stacjach radiowych. Poza wszystkim (a może właśnie: przede wszystkim) nadawane przez nie audycje są skonstruowane w sposób niesamowicie humorystyczny, przy zupełnym lekceważeniu dla politycznej (szczególnie: rasowej i seksualnej) poprawności. W Vice City mamy więc m.in. heavymetalową stację V-Rock z bezkompromisowym DJ-em Lazlow (będącym zresztą DJ-em także w rzeczywistości; odpowiadał on za produkcję stacji radiowych w większości części GTA), mamy poprockową stację Emotion z latynoskim (a także maczystowskim, seksistowskim) ekspertem od romantycznej miłości, Fernando Martinezem, mamy dogorywające publiczne talk-radio, czyli VCPR, niczym o. Rydzyk nawołujące słuchaczy do przysyłania pieniędzy na misyjną działalność. (Przypomijmy w tym miejscu, że rzecz dzieje się w latach 80., za prezydentury antysocjalistycznego Ronalda Reagana.)
Muzyka w stacjach Vice City to kwintesencja dekady: w popowych stacjach leci Michael Jackson, Mr. Mister czy Night Ranger, w V-Rocku – Iron Maiden, a także Love Fist – fikcyjna, ale stworzona wedle najlepszych wzorców heavymetalowego obciachu kapela, którą zresztą poznajemy w trakcie rozgrywki.
W stacjach radiowych posłuchać można także reklam. Oferowane są m.in. usługi domu starców, którego pensjonariusze od świtu do nocy zaganiani są do wyczerpującej fizycznej pracy na polu, syntezatory, umożliwiające tworzenie muzyki za pomocą jednego przycisku, czy choćby nóż bohatera filmu „Exploder” (wzorowanego na serii „Rambo”) – z nęcącym sloganem: „Ten nóż zabił 20 tys. ludzi w Kambodży – spróbuj i ty!”.
GTA: Vice City ma sporą rzeszę fanów, mimo iż gra wydana została w roku 2002. To właśnie perfekcyjnie oddana atmosfera plastikowych i kiczowatych, ale i na swój sposób romantycznych lat 80. wywołuje nostalgię nawet u tych, którzy dekadę tę, z racji wieku, znają tylko z popkultury.