Idealizm i realizm

Na blogu Wojciecha Orlińskiego pojawił się wpis będący swego rodzaju komentarzem autorskim do wywiadu z Ewą Jasiewicz, działaczką pokojową i dziennikarką. Orliński prezentuje w swym wpisie krystalicznie czysty wręcz idealizm, rozumiany tu jako paradygmat stosunków międzynarodowych. Z taką piękną postawą trudno jest się, niestety, zgodzić.
Idealizm w stosunkach międzynarodowych oznacza postrzeganie relacji międzypaństwowych w kategoriach moralnych oraz prawno-pozytywistycznych. Wprost wynika z niego potępienie dla tych uczestników stosunków międzynarodowych, którzy gwałcą zasady moralne oraz ustalenia traktatowe, jak choćby IV konwencję genewską, o której wspomina w kontekście Izraela Orliński.
To, czym jest idealizm, wyraził Orliński najpełniej w zdaniu:
Chcę, żeby wszystkie państwa uczestniczące w konflikcie izraelsko-palestyńskim stosowały prawo międzynarodowe.
Cóż, ja też tego chcę. A przecież nie wierzę, by w tym konkretnym przypadku, ani jakimkolwiek innym konflikcie w przyszłości ustalenia prawa międzynarodowego czy dyrektywy moralne mogły stanowić realne zabezpieczenie ludności pozostającej na obszarze objętym działalniami zbrojnymi.
Uzasadniam to odwołując się do koncepcji realizmu politycznego, drugiej wielkiej szkoły stosunków międzynarodowych. Opieram się przy tym na trzech źródłach. Pierwsze to znajomość historii od czasu podpisania pokoju westfalskiego (1648), otwierającego erę nowożytną w stosunkach międzynarodowych; przykłady sytuacji, w których bi- i multilateralne umowy międzynarodowe, pakty pokojowe etc. w zderzeniu z siłą militarną pozostawały „świstkami papieru” można mnożyć. Drugie źródło to lektura dwóch myślicieli: Thomasa Hobbesa i Carla Schmitta. Źródło trzecie to uznawane przeze mnie założenie antropologiczne dotyczące natury ludzkiej, która jest nie tyle zła, co egoistyczna.
Stan natury
Generalnie rzecz ujmując, zgadzam się z takim oto stwierdzeniem, iż w stosunkach między państwami mamy do czynienia z Hobbesowskim „stanem natury”. Liczy się – tu przechodzimy do Schmitta – egzystencjalna (konkretna, związana z fizycznym istnieniem) sytuacja jednostki politycznej, jaką jest państwo. Ona decyduje o uznaniu innego podmiotu za wroga, a co za tym może (ale nie musi) pójść – o wojnie.
Realizm polityczny, tak jak ja go rozumiem, nie stanowi jednak uzasadnienia i nie wspiera żadnej z form agresji w stosunkach międzynarodowych. Jest perspektywą poznawczą, która każe ze sceptycyzmem odnosić się do możliwości narzucenia kategorii moralnych podmiotom zbiorowym działającym w przestrzeni międzynarodowej.
Co więcej, to właśnie podejście idealistyczne, pragnące wpisać kategorie moralne w sferę polityki przynosić może najbardziej katastrofalne skutki. Przecież właśnie na mieszaniu języka moralnego i politycznego polegała Bushowska „krucjata” przeciw terroryzmowi w imię imponderabiliów. Pisał o tym celnie (na przełomie lat 20. i 30. XX w.) Carl Schmitt, uznając tego typu argumentację za charakterystyczną dla liberalizmu (sic!) ucieczkę ze sfery polityki w sferę etyki.
Konsekwencje tej ucieczki są doniosłe. Jeżeli bowiem państwo deklaruje „krucjatę” w imię „ludzkości”, pozbawia tym samym człowieczeństwa wroga. Jak zauważa sam Schmitt:
w podobny sposób nadużywa się pojęć pokoju, sprawiedliwości, postępu i cywilizacji, które zachowuje się dla siebie, odmawiając ich tym samym wrogowi. [C. Schmitt, Pojęcie polityczności, w: tegoż, Teologia polityczna i inne pisma, Kraków 2000, s. 225]
Idealistyczna argumentacja nie przeszkodziła USA uznawać, że jeńcy przetrzymywani w bazie Guantanamo wyłączeni są z regulacji konwencji genewskich. Uznano bowiem, że członkowie Al-Kaidy i talibowie, jako aktorzy niepaństwowi, nie mogą uczestniczyć i podlegać porozumieniom międzynarodowym o prowadzeniu wojny. Członkowie Al-Kaidy nie podlegają ochronie konwencji genewskich ze względu na fakt, że organizacja ta nie jest państwem, a „gwałtownym ruchem politycznym” (violent political movement), zatem nie może być stroną żadnego traktatu.
Czy zatem wszystko stracone?
Zwróćmy uwagę na kluczowy element Hobbesowskiej teorii państwa, czyli Lewiatana. Powstanie państwa kładzie kres „stanowi natury”, w którym życie ludzkie było nieustannie zagrożone. Leżąca u podstaw Lewiatana umowa społeczna oparta jest na transakcji „bezpieczeństwo w zamian za zrzeczenie się wolności”. Każdy uczestnik rezygnuje więc z nieograniczonej wolności, uznając zwierzchność suwerena, który powinien zapewnić bezpieczeństwo, także karząc za naruszenie prawa.
Przekładając to na stosunki międzynarodowe: za prawem musi iść nie tylko powszechne uznanie, ale i siła tego, czy innego depozytariusza uprawnień. Jeśli siły tej brakuje, wszelkie zapisy pozostają martwe. Wiara w samoograniczenie się państw w sytuacji zagrożenia zakrawa na naiwność.
Raz jeszcze więc: chciałbym, aby prawo międzynarodowe i podstawowe zasady moralne były w stosunkach międzynarodowych przestrzegane, ale wiem, że chęć ta, nawet jeśli przybiera formę zbiorową (Liga Narodów, ONZ), wobec egzystencjalnego starcia wrogów nigdy nie będzie mieć mocy sprawczej.
Kwiecień 8th, 2010 at 6:28 pm
Ano. Ale Wojtek i tak by pewnie nie zrozumiał. Dodam se blog do zakładek, jak co będziesz jeszcze kiedyś pisał to wpadnę.