Artyści i wyrobnicy

Podczas tegorocznej gali Złotych Globów nagrodę im. Cecila B. DeMilla otrzymał Martin Scorsese. Nagroda ta jest jednak z gatunku tych „za całokształt”, wieńcząca i podsumowująca, a także nieco sentymentalna. Nie ulega bowiem, że na uroczystości, podczas której triumfował kolorowy i pusty jak wielkanocna wydmuszka „Avatar”, Scorsese był symbolem tego rodzaju kina, które odchodzi.
Odwieczny spór pomiędzy komercyjnością, ideologicznością i artyzmem sztuki w przypadku filmu zawsze szczególnie ostry. Kino, które jest przecież najważniejszą ze sztuk, szczególnie użyteczne w klasycznym modelu wszechmocy propagandy, służyło wszakże nie tylko do zarabiania pieniędzy przez Goldwynów, Mayerów, Weinsteinów i innych tuzów z „żydowskiego Hollywood”, ale i do tego, co uczenie nazywa się transmisją kultury i idei (w tym: politycznych).
Jeżeli pamiętamy więc z jednej strony o nazistowskich czy socrealistycznych agitkach, a z drugiej o populistycznym zacięciu tych, którzy pragnęli produkcji przeznaczonych dla jak największej liczby odbiorców, to tym bardziej podziw winny budzić postaci takie jak Martin Scorsese. Tworząc w latach 70. i 80. (bo później już różnie bywało) filmy wybitne, dowiódł siły artyzmu w starciu z komercją.
Ale też nie przesadzajmy: prostackie jest przecież sytuowanie artyzmu i komercji na przeciwległych biegunach. Bywa zgoła inaczej – artyzm staje się paliwem komercyjnego wehikułu. Obie te wartości są wtedy dobrami komplementarnymi, niezbędnymi jedno drugiemu. Lecz – by ciągnąć tę metaforę – kino komercyjne posiada wiele zasobów paliw alternatywnych. Wśród nich najważniejszym jest techniczny profesjonalizm, wyrażający się w efektach specjalnych, rzeszach ghost-writerów rzemieślniczo dopieszczających scenariusze (np. by zgodne były z zasadą trzech aktów), wreszcie: w marketingu, wzbijającym się niekiedy na wyżyny niedostępne samemu przedawanemu produktowi.
Hollywood teoretycznie poradzi sobie bez artystów-reżyserów (a w przyszłości zapewne także bez artystów-aktorów; „Avatar” to dowód, że radzi sobie bez nich już dziś). Teoretycznie. Albowiem artyści tym różnią się od rzemieślników, że wartością dodaną ich pracy jest nie tylko obróbka surowców i półproduktów, ale przede wszystkim zdolność do wnoszenia nowych perspektyw widzenia rzeczywistości, do „czystej” kreatywności, do tworzenia czegoś z niczego – sięgania w inne obszary, o których odtwórczy rzemieślnik nigdy by nie pomyślał. Jakże często zaobserwować można jak koncepcje wielkich twórców zostają przechwycone (a wręcz przywłaszczone) przez rzemieślników, którzy, poddają je niezbędnej symplifikacji i z powodzeniem eksploatują.
Scorsese zatem odchodzi (a może jeszcze nas zaskoczy?), ale jego koncepcje żyją w dziesiątkach filmów młodszych twórców. Wydaje się więc, że opisany wyżej schemat ciągle działa: niebawem pojawią się inni, odkrywczy i inspirujący artyści. Kino jednak się zmienia, tak jak zmienia się kultura i cywilizacja. Stąd pytanie o proporcje pomiędzy artyzmem a wyrobnictwem jest dziś jakoś bardziej na miejscu.